...a skład chleba mieści się w sześciu linijkach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pewnego razu, życiowym trafem.

 

"Hello. Three lost, travelling people (first time by plane, first time in Sweden, first time in CS) are asking for two-day, hearty soul, who will help with comprehending the Stockholm reality (especially: where to eat good?;) ). In Stockholm on October 27/28 (one night). Male 20 + male 20 + female 26 with no addictions. Speak english and polish; we will gladly welcome first Swedish studies. Will repay with polish apples and grandmother's grape juice. Looking merely
for a small piece of roof over our heads. Will be nice to drink a cup of hot tea. Anyone will give a hand?"

 

z wpisu Coachsurfing

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Właściwie, że będzie to Szwecja zadecydowano trochę za nas. Wejściówki rozdawane za ćwierćdarmo rozeszły się
jak mleko prosto od krowy. Czysty, krótkowzroczny porównawczy rachunek ekonomiczny: jedziemy, a później
będzie co ma być. Gdyby choć namiot zmieścił się do schowka na pokładzie, w razie W... To nie. Damy radę.
Milenie noc przed wylotem śniły się zęby, ponadto wreszcie wprost wybuchło, jak precyzyjnie jest to nieodpowiedzialny
i egoistyczny projekt. Na szczęście Arek dał się nam rozbitkom życiowym umyć, podreperowani więc, pojechali!

 

Na zdjęciu ryanair'owy boeing chwilę po wyłączeniu hasła "Zapiąć pasy". Teraz uwierzyliśmy, że to wszystko działa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Podniecająco jest musieć sobie radzić.

 

FR 9714 - przedostatni lot na trasie Wrocław - Skavsta. W razie czego, Arek chciał wracać stopem przez Rosję.

 

A ponoć kiedyś Bałtyk zamarzał tak, że stawiano na nim zajazdy dla wędrowców.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jak to dobrze, że na młode lata nie wiemy jeszcze, jak zły i straszny potrafi być Świat,
i że stanowczo trzeba się  z a b e z p i e c z a ć .

 

Cały bagaż to zmiana ciuchów, portfel i aparat. Tyle, ile mogło się zmieścić w cenie biletu. Kapuścińskiego kiedyś
(oj, Boże, wcale się nie podpinam!) celnik ponoć zapytał, gdzie jego rzeczy, bo przyleciała tylko skrzynia książek i patelnia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Szwecja  p a c h n i e .

 

I w ogóle nie ma w niej reklam. Jakby spadł Adblock i się ziścił.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Do Nyköping'u podwiózł nas sympatyczny starszy Szwed. Podobno niesamowicie jest trudno podróżować po kraju
w ten sposób, dlatego tym bardziej cieszyłem się na myśl, by to zrobić. Trochę w tym dziecięcej potrzeby buntu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koło ratunkowe. Po prostu, że nikt go nie ukradł. Wciąż Nyköping. Arka próba kupienia czegoś do picia skończyła
się smutno, bowiem Szwecja jest krajem o najwyższych podatkach na świecie. A ile tam rowerów!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wyższa konieczność.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ten szybki kurs dojrzewania (bunt po czwartej godzinie stania jakby wygasa) dał też nam do myślenia:
kto tu dla kogo był większą atrakcją?:]

 

A działo się to na wylocie z miasta, w kierunku drogi E4 prowadzącej do Sztokholmu.

 

http://maps.google.com/maps?f=d&source=s_d&saddr=&daddr=Stockholmsv...

 

Bezpośrednio sprzed autostrady cofnęła nas opiekuńcza ręka rządu urzeczywistniająca się w postaci patrolu policji.
Na szczęście łapanie stopa nie jest jeszcze w Szwecji ciężkm występkiem przeciwko własnemu życiu. A później,
uratował nas pan Brazylijczyk niedługo wcześniej rozwiedzony z panią Szwedką.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Sztokholm leży na czternastu wyspach, połączonych ze sobą pięćdziesięcioma trzema mostami.
Łączna powierzchnia obszaru sztokholmskiego, w który wliczają się okoliczne wody, lasy, skały i wysepki
(dwadzieścia cztery tysiące wysp!) to około stu osiemdziesięciu kilometrów kwadratowych.
Ciężko się to wyobraża, powiem więc, że mają tam kosze na śmieci zamykane na kod pin.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Już gdzieś w gąszczu... Knajpka? Sklepik? Galeria? Pracownia?

 

W pobliżu starego miasta natrafiliśmy, na przykład, na mały punkt pełen metalowych tablic - znaków - banerów,
uwaga-złych-psów i innych, prowadzony przez pewną kobietę od ponad dwudziestu lat. A przy Tyska Brinken
w dzielnicy Gamla Stan, od 1976 roku pan Piotr prowadzi uroczy, orientalny sklepik.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tani Ciuszek z pewną torebką, niespełnioną miłością Mileny, której sprzedawca na dodatek nie był w stanie do końca wycenić :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Między innymi, koszty dwudniowego gastronomicznego życia plus bilet na metro. Był też budujący morale
ciepły makaron. Chleb tostowy, świeżutki i gładziutki - prosto z probówki ;] - około czterech złotych.
Jedna z bardzo niższych półek. Następnym razem w grę wchodzi, myślimy, na przykład własna produkcja.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Chodzi o koszta, czy też się o siebie boją? Maszynowo-człowiecza informacja turystyczna live.
Pomogli, znaleźli namiar, pokazali palcem, śpimy dziś!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Trochę po północy dworzec sztokholmski, w porównaniu do niektórych stacyjek bieszczadzkich,
całkowicie się zamyka. Uprzejmy policjant w ramach schronienia wskazał makdonalda.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kulturhuset, sztokholmski pięciopiętrowy dom kultury.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W Szwecji... z tym krajem jest coś nie tak. Chodzi o to, że przerażał mnie porządek.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zero billboardów. Natknęliśmy się na słownie jednego grajka ulicznego, pewnie cudzoziemiec. Przez dwa
i pół dnia włóczęgi wręczono nam jedną ulotkę. Nikt nie biegnął i nie krzyczał. Zwierzę na smyczy również
zanotowane w pojedynczej ilości. Spotkaliśmy za to króliki... Samosiejki, chyba?

 

Zdjęcie: sklep papierniczy, stare miasto.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

T-Centralen.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wylot szósta rano, tym razem zdać się musimy na transport publiczny. We Wrocławiu byliśmy przed południem.
Swojski bilet ze Strachowic na dworzec był 240x droższy, niż bilet lotniczy ;}

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pojechali, wrócili. Nie wiedzą nic.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Słaba jakość skanów oraz paprochy na kliszy wynikają z fatalnie nieszczęśliwego przebiegu procesu obróbki.

Klisze się po prostu nie wywołały. Czasy liczone na oko plus chemia drugiej świeżości spowodowały bolesną niespodziankę.

Negatywy, na pierwszy rzut oka zupełnie 'przezroczyste', leżały przez kilka miesięcy nieruszane w szufladzie

z nieprecyzyjnie określonym widmem pocięcia ich na zakładki do książek. Któregoś razu jednak coś mnie tknęło.

Odrobina samozaparcia, plus czuła przystawka do slajdów plus trochę czasu na obróbkę otrzymanego materiału

zaowocowało w taki właśnie sposób :)

 

Fotki mają wartość bardziej sentymentalną, niż estetyczną, stąd ich obecność tutaj liczyć się będzie w raczej ściśle określonym gronie osób.

 

Na raz następny przywieziemy pełne pro! :}

 

 

 

fot. furbi i Mill

 

2009 - 2010

 

<- powrót do furbi.pl